Forum www.lynchland.eu Strona Główna www.lynchland.eu
Forum serwisu lynchland.eu
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Postać BOB-a
Idź do strony 1, 2, 3, 4  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.lynchland.eu Strona Główna -> Serial ogólnie i odcinki
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kamil_tk




Dołączył: 27 Paź 2011
Posty: 24
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Nie 22:58, 04 Gru 2011    Temat postu: Postać BOB-a

Witam wszystkich forumowiczów,
długo śledziłem powyższe forum i postanowiłem sam zabrac głos.
Na początku mój stosunek do BOB-a, a szerzej do serialu nie był skomplikowany. Jak dla mnie w serialu - mówił o tym Frost w jednym z wywiadów - była pokazana stara prawda o człowieku, jego dwoistość, że każdy ma w sobie pierwiastki dobra i zła - banał. Oczywiście przedstawienie tego w konwencji małego miasteczka amerykańskiego, otoczonego lasem (Lynch wspominał gdzieś w wywiadzie, że wychował się koło lasu) plus ta niesamowita muzyka Badalamentiego robi swoje. Efekt był tym większy, że pierwszy raz oglądałem serial, a raczej próbowałem oglądać jakchodziłem do podstawówki. Teraz po latach, po obejrzeniu go kilkukrotnym, plus FWWM, pamiętnik i wywiady Lyncha (jeszcze przede mną sąinne filmy Lyncha), Frosta, aktorów, reżyserów gdzie się tylko da oraz pod wpływem ludzi wypowiadających się na tym forum mój pogląd ewoluował, a precyzyjniej rozbudowywał się.

I tak: jak dla mnie interpretuję ten świat, a więc i BOB-a, który według mnie stanowi tak naprawdę klucz do zrozumienia całości, na dwóch płaszczyznach. Pod wpływem m. in. prawdziwka, którego niektóre analizy są niezwykle trafne, uznaję BOB-a, Mike-a po freudowsku jako Id i Superego, coś co jest w nas, jest częścią naszej natury, a w filmie są symbolami m. in. natury Lelanda, itd. (w ten sposób np. interpretuję m. in. chore uczucie miłości Lelanda do córki - choćby scena przy stole z FWWM). Nie będę tego wątku rozwijał, ponieważ w odpowiednich postach prawdziwek wszystko to dokładnie opisał.

Niemniej jednak jak dla mnie przynajmniej ta interpretacja mi nie wystarcza, tj. czułem pewien niedosyt. I im więcej razy ogladałem seriali film tym ten niedosyt zamiast się zminiejszać, to było wręcz przeciwnie.
Stąd też uważam, że, skupiając się tylko na BOB-ie, jest on nie tylko owym symbolem tego co w nas złe, naszej ciemnej natury, ale bytem realnym. Oczywiście nie chodzi mi o jakiegoś demona z krwi i kości, ale jednak o coś co nie było Lelandem, coś co posiadało własną wolę i miało siłę sprawczą. Dla klarowności przekazu pominę w tym momencie wszelkie dywagacje czy BOB mógł się przenosić w inne postacie, jak nimi sterował, czy Mike miał takie same właściwości czy nie. A jako najważniejszy dowód potwierdzający powyższą tezę, przynajmniej dla mnie, stanowi scena z przesłuchania, kiedy Leland/BOB nie tylko wspomniał Cooperowi wydarzenie z Pittsburga, ale powiedział teżo nożach - w jednym poście napisał o tym też El Pablo. Według mnie żadną miarą Leland, nie mógł tego wiedzieć. Co prawda Cooper wspomniał Trumanowi o historii z Pitsburga, ale uczynił to w późniejszym odcinku oraz nie mówił nic o nożach. Podobnie w scenie z Gordonem i Audrey.

Dodatkowo: gdyby BOB był tylko pewnym symbolem, odzwierciedleniem natury Lelanda lub szerzej wszystkich ludzi to nie sposób wytłumaczyć zniknięcie agenta Desmonda po podniesieniu pierścienia, który pochodził ze mieszkania nad sklepem, które było miejscem przebywania BOB-a, Mike-a i całej reszty.

Szczerze powiedziawszy odpowiadają mi obie interpretacje, dobrze się uzupełniają, ale jeślimiałbym wybierać to pełniejszą, tą decydującą jest dla mnie druga z nich.

Czekam na wasz głos.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
prawdziwek




Dołączył: 02 Gru 2006
Posty: 584
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 9 razy
Skąd: Warszawa

PostWysłany: Pią 16:06, 20 Sty 2012    Temat postu:

Mój głos jest taki, że po pierwsze można potraktować BOBa i MIKE'a jako odrębne osoby. Można w końcu wierzyć, że troskliwy ojciec i gwałcący swoją córkę to nie jest jedna i ta sama osoba, choć niby ciało to samo. Że w niektórych sytuacjach, gdy ludzie w tak dramatycznie odmiennych rolach dochodzi do rozpadu osobowości na istoty działające autonomicznie.

Ta interpretacja najbardziej kusiła mnie na początku, gdyż tematyka osoby jest mi bardzo bliska.

W tej chwili przychylam się do innej interpretacji. Mianowicie wychodzę z założenia, że istotą kina Lyncha jest to, że rzeczy, które widzimy na ekranie nie są, używając tego nieco wyśmianego sloganu "prawdą ekranu". Tzn. Lynch pokazuje nam fałsz, celowo konfrontuje nas z bzdurami, które sami wymyślamy.

BOB jest demonem w tym sensie, że jest ubzduraną postacią, na którą zwalamy rzeczy wstydliwe, do których nie chcemy się przyznać sami przed sobą. Wierzenie w BOBa jest jak wierzenie w diabła Borutę. Jak coś złego zrobimy, to przecież diabeł nas podkusił. Diabeł, tak jak BOB jest niby niezależną od ludzi osobą, która ich kusi, a nawet się wciela w nich w momentach, gdy grzeszą.

W tym kontekście pokazanie BOBa jako odbicia w lustrze Coopera, motyw Doppelgangera, to momenty prawdy - pokazujące, że to MY sami jesteśmy BOBami, MIKE'ami i wszystkimi innymi stworami zarazem. Są to fikcje, przy pomocy, których chcemy uzasadnić nasze postępki.

BOB wspomina wydarzenia z Pitsburga, gdyż pełni w filmie funkcję uniwersalną, obrazując ciemne strony ludzkiej natury w ogóle, a nie tylko ciemną stronę Lelanda. Nic dziwnego, że w trakcie przesłuchania Cooperowi przypomina jego własne "ciemne" sprawy.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
doggod




Dołączył: 04 Lip 2007
Posty: 531
Przeczytał: 1 temat

Pomógł: 5 razy
Skąd: Zielona Góra

PostWysłany: Sob 10:58, 21 Sty 2012    Temat postu:

prawdziwek napisał:
BOB jest demonem w tym sensie, że jest ubzduraną postacią, na którą zwalamy rzeczy wstydliwe, do których nie chcemy się przyznać sami przed sobą. Wierzenie w BOBa jest jak wierzenie w diabła Borutę. Jak coś złego zrobimy, to przecież diabeł nas podkusił. Diabeł, tak jak BOB jest niby niezależną od ludzi osobą, która ich kusi, a nawet się wciela w nich w momentach, gdy grzeszą.


Właśnie oto chodzi. Warto zwrócić uwagę, że w serialu pojawiają się wątki jeszcze innego zrzucania odpowiedzialności. Insynuacje są przecież w kierunku UFO, jakoby jakieś obce istoty ingerowały w los ludzi. Czy też kwestie Dalekowschodnich mnichów buddyjskich należących do Ścieżki Lewej Ręki, którzy dzięki rytualnym morderstwom potrafili zachować nieśmiertelność i również ingerować w świat rzeczywisty ludzi.

Warto w tym wszystkim jeszcze spojrzeć na inne filmy LYNCHA, w których jest jeszcze bardziej czytelny motyw próby "ucieczki" od przeszłości, od czynów, które wywołują u bohaterów poważne wyrzuty sumienia. Bardzo często w tych ucieczkach wypierane z świadomości czyny są przypisywane innym osobom, jakimś alternatywnym postaciom. Problem zatem nie polega na tym, że to BOB jest winny zabójstwa LAURY. Problem polega na tym, że LELAND i sama LAURA oraz inne osoby, które rzekomo widziały BOBA, wypierały z siebie tę myśl, że oto ojciec mógłby być zdolny do takich czynów.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez doggod dnia Sob 11:00, 21 Sty 2012, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
prawdziwek




Dołączył: 02 Gru 2006
Posty: 584
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 9 razy
Skąd: Warszawa

PostWysłany: Śro 14:53, 01 Lut 2012    Temat postu:

doggod napisał:
prawdziwek napisał:
BOB jest demonem w tym sensie, że jest ubzduraną postacią, na którą zwalamy rzeczy wstydliwe, do których nie chcemy się przyznać sami przed sobą. Wierzenie w BOBa jest jak wierzenie w diabła Borutę. Jak coś złego zrobimy, to przecież diabeł nas podkusił. Diabeł, tak jak BOB jest niby niezależną od ludzi osobą, która ich kusi, a nawet się wciela w nich w momentach, gdy grzeszą.


Właśnie oto chodzi. Warto zwrócić uwagę, że w serialu pojawiają się wątki jeszcze innego zrzucania odpowiedzialności. Insynuacje są przecież w kierunku UFO, jakoby jakieś obce istoty ingerowały w los ludzi.

Nawet prosty wątek kryminalny z narkotykami i prostytucją zawiera wiele elementów narracji "to nie my!". Narkotyki przemycają Kanadyjczycy, Laura puszcza się w kanadyjskiej części baru, "One eyed Jack" leży oczywiście na na terytorium Kanady. Leland, aby zaspokoić swoje seksualne pragnienia udaje się do innego stanu, a jakże.
Dochodzę do wniosku, że ostatni odcinek Twin Peaks to przede wszystkim zburzenie tej nieustannie przez cały serial rozwijanej narracji, polegającej na zwalaniu winy na "obcego".


Post został pochwalony 1 raz

Ostatnio zmieniony przez prawdziwek dnia Śro 14:54, 01 Lut 2012, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kamil_tk




Dołączył: 27 Paź 2011
Posty: 24
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Nie 19:16, 05 Lut 2012    Temat postu:

prawdziwek napisał:
BOB wspomina wydarzenia z Pitsburga, gdyż pełni w filmie funkcję uniwersalną, obrazując ciemne strony ludzkiej natury w ogóle, a nie tylko ciemną stronę Lelanda. Nic dziwnego, że w trakcie przesłuchania Cooperowi przypomina jego własne "ciemne" sprawy.


Dwie kwestie:
1) rozmowa Leland-Cooper. W mojej opinii, chcąc interpretować tą scenę (podobnie zresztą jak i zniknięcie agenta Desmonda) w kategoriach rzeczywistości, w której żyjemy, to według mnie BOB-a i całą resztę należy traktować, posiłkując się Twoim określeniem jako "diabła-borutę" właśnie;
2) problem rzeczywiście znika w momencie gdy spojrzymy na serial i film jako na próbę pokazania ciemnej strony ludzkiej natury w ogóle (funkcja uniwersalna). Wtedy, jak dla mnie, nie ma większego znaczenia skąd Leland wiedział o Pitsburgu albo co się stało z Desmondem.

Tylko, że w tym przypadku zderzamy się z przysłowiową ścianą, tzn. zło (BOB czy Leland) jest zawsze o krok przed Cooperem, jest szybsze, sprytniejsze, nie daje się złapać (BOB vs Olbrzym i staruszek), słowem zawsze wygrywa (podobnie zresztą jak w filmie braci Cohen - No country for old men - zresztą też dobry film).

I z takim przekazem się nie zgadzam. Wychodzi na to, że Cooper choćby nie wiem co zrobił i jak się wysilał musi w końcu przegrać, jakby scenariusz był już dawno rozpisany a role rozdane. Trochę jak z Edypem. W ten sposób patrzę na ostatni odcinek: wydarzenia z przeszłości Coopera jak dla mnie nie są wystarczającym powodem, aby teraz kontrolę nad nim przejęła jego ciemna strona (pomijam fakt, że o ile u Lelanda to trwało ileś tam lat, to u Coopera była to jedna noc). Poza tym, z tego co widzieliśmy w serialu, sam Pitsburg stanowił większy problem dla samego Coopera niż na to zasługiwał. Przynajmniej ja nie widzę tam jego winy, więc jak dla mnie to trochę za mało na doppelgangera.

Podsumowując: w pierwszym przypadku, jeśli chcemy wyjaśnić powyższe sceny należy przyjąć BOBa za jakąś osobową formę zła. W drugim przypadku, przyjmując Twoje podejście (i pewnie takie też jest podejście i przekaz Lyncha) pojawia się problem wolnej woli i w ogóle moralności, winy i kary.

A doprowadzając ten tok myślenia do ostatecznych wniosków, należy zadać sobie pytanie o w sumie bezsensowność naszych działań, ich iluzoryczność, skoro i tak nie mają one większego znaczenia. Dalej, bez moralnych wyznaczników znika podział na to co dobre i złe. Stąd też i postępowanie Lelanda było takie a nie inne. A Laura - cóż widać to jej było przeznaczone.

pozdrawiam


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
doggod




Dołączył: 04 Lip 2007
Posty: 531
Przeczytał: 1 temat

Pomógł: 5 razy
Skąd: Zielona Góra

PostWysłany: Pon 14:35, 06 Lut 2012    Temat postu:

kamil_tk napisał:

Tylko, że w tym przypadku zderzamy się z przysłowiową ścianą, tzn. zło (BOB czy Leland) jest zawsze o krok przed Cooperem, słowem zawsze wygrywa

I z takim przekazem się nie zgadzam. Wychodzi na to, że Cooper choćby nie wiem co zrobił i jak się wysilał musi w końcu przegrać, jakby scenariusz był już dawno rozpisany a role rozdane.

pozdrawiam


Było już o tym wielkrotnie pisane tutaj. Wprzęganie tutaj spraw relacji DOBRA i ZŁA nie jest do końca właściwym tropem. Sam LYNCH relatywizuje ten system wartosci, który wydaje się być bardziej rozmyty w ustalonych przez kulturę ramach. Bardziej tutaj chodzi o dysonans pomiędzy KULTURĄ, i jej głównego demiurga - ROZUMEM, a NATURĄ, której łącznikiem z człowiekiem jest jego zwierzęcosć, wszelkie instynkty i strach. LYNCH tak naprawdę nie bada tego dlaczego człowiek jest ZŁY, tylko w jaki sposób działa w nim mechanizm balansujący wspomniane wyzej przeze mnie sfery (pod)świadomosci. Jakie to ma przełożenie do wątku, z którym wydajesz się nie zgadzać? Ano takie, że tu nie chodzi o to, że w człowieku w efekcie wygrywa ZŁO, zamiast DOBRA. Tu chodzi oto, że człowiek nie jest w stanie stłumić i wyeliminować swojej zwierzęcości. Człowiek, jak bardzo nie starałby się, będzie pragnął realizować się w seksie (bez znaczenia, czy z kimś, czy z samym sobą), będzie chciał zachować swój gatunek, będzie chciał przeżyć, będzie jadł, spał, będzie chciał się bawić, rywalizować i będzie też zdolny do zadawania cierpienia, bólu, śmierci... Wniosek ze wszech miar banalny, zgadza się, ale powiedzmy sobie szczerze, KULTURA w opresyjny sposób stara się w różny sposób pozbawić człowieka jego natutralnych odruchów, co wywołuje w człowieku poczucie winy, fałszywość, używanie przez niego różnych masek w zależnosci od statusu społecznego, etc. LYNCH w rzeczy samej jest pesymistą, tak, on zakłąda, że człowiek nigdy nie bedzie w stanie powstrzymać swoich atawistycznych skłonności. Czy to od razu musi go stawiać po stronie ZŁA? W żadnym wypadku. Kategorie moralne nie mają tu nic do powiedzenia...
Pesymizm ten podkreślony jest w ostatnim odcinku, gdy poboczne wątki kończą się fiaskiem. Romantyczna miłość Audrey, oraz jej szlachetne pobudki w sprawie ochrony środowiska kończą się tragicznie -śmiercią Audrey. Wydawałoby się, że najbardziej "zdrowa" rodzina w serialu (czyli ta doktora Willa Haywarda), jest osadzona na kłamstwie. Mało tego, sam doktor, uosobienie spokoju, nagle wpada w furie i prawdopodobnie zabija "nawróconego" Benjamina Horne'a. Inny "nawrócony", Leo za swoje poświęcenie "miłości" płaci własnym życiem. Czy te zdarzenia, wraz z wymownym "płaczo-uśmiechem" Laury z FWWM nie wskazują, że raczej LYNCH pozostawia niewielki margines na optymizm?


Post został pochwalony 1 raz

Ostatnio zmieniony przez doggod dnia Pon 17:22, 06 Lut 2012, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kamil_tk




Dołączył: 27 Paź 2011
Posty: 24
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Pią 23:42, 10 Lut 2012    Temat postu:

doggod napisał:
Wprzęganie tutaj spraw relacji DOBRA i ZŁA nie jest do końca właściwym tropem. (...) LYNCH w rzeczy samej jest pesymistą, tak, on zakłąda, że człowiek nigdy nie bedzie w stanie powstrzymać swoich atawistycznych skłonności. Czy to od razu musi go stawiać po stronie ZŁA? W żadnym wypadku. Kategorie moralne nie mają tu nic do powiedzenia...


Kilka spraw:

1) interesujące podejście, przyznam, że w ten sposób jeszcze na serial i film całościowo nie spoglądałem. Tak mi się wydaje, ale to tylko moje odczucie, że w ten sposób można interpretować prezentację Annie podczas konkursu na Miss Twin Peaks;

2) podział: Kultura-Natura i opresywny charakter tej pierwszej. Tak jak poprzednio pisałem – tutaj przychylam się w dużej mierze do tego o czym wielokrotnie wspominał Prawdziwek – podział ten znajduje swoje odzwierciedlenie w tercecie id-ego-superego, a więc przykładowo Bob-Leland-Mike i zaiste pomysł oraz przedstawienie tego w serialu i filmie był świetny.

Chciałbym wszelako teraz dodać do tego pewne zastrzeżenie. Otóż należy pamiętać, że podział na kulturę i naturę jest tematem starym jak świat. Dodatkowo u Freuda jest on przedstawiony w sposób przewrotny. W zasadzie od starożytności (będę się wypowiadał tylko o kulturze zachodniej, o innych wiem za mało aby uogólniać moje wnioski) mamy do czynienia z przeciwnym kierunkiem, gdzie występuje opozycja jednostka- społeczeństwo (w późniejszych epokach podział ten był różnie przedstawiany, także jako natura-kultura: drobne różnice możemy pominąć, bez uszczerbku dla myśli przewodniej).

I tak Sofiści (Protagoras, Gorgiasz) uważali, że przejście od stanu natury do stanu społecznego (państwa) dokonał się dzięki interwencji Zeusa, który widząc, że ludzie wyrządzają sobie nawzajem krzywdę i żyją osobno, posłał Hermesa, dając im dwie umiejętności: Wstyd i poczucie prawa. U Hobbesa: życie ludzkie w stanie natury jest krótkie, bez słońca, brak jest moralności, nie wiadomo co jest dobre a co złe, jest wojna wszystkich ze wszystkimi (homo homini lupus). Głównym powodem wyjścia ze stanu natury do strach przed nagłą śmiercią. Dalej mamy Locke’a, który co prawda uważa, że w stanie natury nie ma powszechnej wojny, jest wolność, prawo do własności i względny dobrobyt, ale to dopiero powstanie społeczeństwa a na końcu państwa pozwala na skuteczne, poprzez prawo, zachowanie i egzekwowanie praw jednostki (stąd w efekcie minimalistyczna rola państwa liberalnego). I kolejni przedstawiciele nurtu (w literaturze przedmiotu znani jako kontraktualiści): Rousseau (dobry dzikus), Kant (człowiek charakteryzujący się aspołeczną towarzyskością), wreszcie Rawls (koncepcja sprawiedliwości jako bezstronności).

Tak czy owak kierunek był następujący: najpierw mamy do czynienia ze stanem pierwotnym, bez kultury, bez cywilizacji, nawet bez moralności (Hobbes). Był to stan, posługując się słowami Kononowicza, kiedy nie było niczego. Ale za każdym, podkreślam, za każdym razem, powód wyjścia z tego stanu i w konsekwencji powstanie społeczeństwa (pewne subtelne różnice występują tylko u Rousseau, ale to wątek na osobny temat), państwa, a więc i kultury i moralności był taki sam: mówiąc w skrócie jednostki decydują się na wyjście, ponieważ w społeczeństwie zyskują więcej niż tracą, to im się po prostu bardziej opłaca. Co więcej dla niektórych myślicieli człowiek jest wręcz stworzony do życia w społeczeństwie, a więc i w kulturze. Życie społeczne jest czymś naturalnym np. Arystoteles – zoon politikon, do pewnego stopnia pogląd Kanta – aspołeczna towarzyskość człowieka.

A co do poglądu o opresywnym charakterze kultury. Nurt ten był szczególnie popularny na przełomie XIX i XX wieku. Związany z twórczością Schopenhauera, Nietzschego, Freuda właśnie, a później także szkoły „frankfurckej”, żeby wymienić tylko niektórych (swoje propozycje i przemyślenia przedstawiali też inni, bardziej liberalni myśliciele jak choćby Jose Ortega y Gasset, Popper, Berlin – ale to też temat na kiedy indziej). Jawił się jako reakcja i próba zrozumienia głębokich zmian dokonujących się w społeczeństwach zachodnich, związanych z rozwojem przemysłu, masowej produkcji i związanej z nią migracji ludzi ze wsi do miast itp.

3) poruszając wątek Freuda i jego psychoanalizy też należy mieć kilka rzeczy na uwadze. Co prawda wielu z nas nawet nie zdaje sobie sprawy jak często myślimy kategoriami Freuda (symbolika seksualna różnych przedmiotów, o nieświadomych przyczynach naszych pomyłek, o ukrytych zachowaniach obronnych, o roli rodziców, o kompleksach i traumach – to wszystko jest oparte na założeniu podświadomości). Dalej, wielu psychologów i psychiatrów zgadza się z ideą Freuda, że życie ludzkie jest z zasady konfliktowe, że prawdziwe przyczyny są przed nami ukryte, ponieważ ich źródłem są tłumione marzenia i instynkty, które wypieramy ze świadomości (wątki też szeroko wykorzystywane w literaturze: „Ulisses” J. Joyce’a, i filmach – choćby „Psychoza” A. Hitchcocka czy w zasadzie wszystkie filmy W. Allena, a w szczególności według mnie najlepsze: „Annie Hall” i „Whatever works” oraz oczywiście twórczość samego Lyncha). Czyli z grubsza wszystko to co Ty określasz jako ludzką zwierzęcość, realizowanie się w seksie, problem kultury i naturalnych odruchów, wywołujących w człowieku poczucie winy, traumę, przewrażliwienie, itp., a co znajduje też swoje odzwierciedlenie w piramidzie potrzeb Maslowa.

Niemniej jednak do dzisiaj z psychoanalizy Freuda jako nauki niewiele się ostało. Jego poglądy traktuje się raczej w kategorii mitu niż nauki. I tak nie można traktować psychiki ludzkiej tylko według prostego schematu id-ego-superego (dla neurologów jest to model zbyt prosty, by oddał skomplikowane procesy zachodzące w mózgu, podobnie jakoby sny były zaszyfrowanymi przekazami). Nie ma czegoś takiego jak mechaniczny wzorzec traumy psychicznej, krytyki nie wytrzymuje też teza Freuda, że trudne dzieciństwo – rozbita rodzina, adopcja, internat – są psychicznym stygmatem. Swoje dorzucają też biofizycy, etiolodzy (uważają teorię freudowskich popędów za anachroniczną), psychologowie – Freud przeceniał znaczenie dziecięcych doświadczeń i nie rozumiał istoty nerwic, psychiatrzy – w kategoriach jak narcyzm widzą tylko zbiór efektownych metafor, mało przydatnych do naukowego opisu funkcji psychicznych. Resztę dopełnia psychologia akademicka (rozwój dziecka) oraz psychologia kliniczna (szybsze i skuteczniejsze terapie niż psychoanaliza) wreszcie farmakologia (środki uspokajające szybciej łagodzące skutki depresji i schizofrenii niż uciążliwe „leczenie rozmową”).

(Korzystałem i cytowałem z artykułów: „Dyktatura szczęścia”, Wysokie obcasy, rozmowa z dr. Tomaszem Witkowskim, 26.11.2010 r.; „Kompleks Freuda”, Newsweek, Tomasz Stawiszyński, 14.06.2009 r., „Freud na kozetce”, Polityka, Adam Krzemiński, 21.12.2011-2.01.2012 r.).

4) kwestia najważniejsza: podział kultura-natura. Piszesz, że człowiek nie jest w stanie stłumić i wyeliminować swoich potrzeb i swojej zwierzęcości. Zgoda. Co ciekawe taki pogląd, oczywiście w specyficznym kontekście, nawet czasami na kazaniu można usłyszeć (czytałem kiedyś jakąś książkę w tym temacie chyba pastora, a na pewno protestanta J. Eldredge’a).

Dalej piszesz, że „człowiek nie będzie w stanie powstrzymać swoich atawistycznych skłonności”. I pytasz „czy to od razu musi go stawiać po stronie ZŁA”? Twoja odpowiedź: „w żadnym wypadku. Kategorie moralne nie mają tu nic do powiedzenia...”

Moja odpowiedź: jak najbardziej, kategorie moralne według mnie zajmują pozycję centralną. To, że między naturą człowieka, na którą wpływ miała ewolucja, a kulturą, czyli wszystkim tym co człowiek stworzył, w jaki sposób się zorganizował w grupy, plemiona, społeczeństwa, wreszcie państwa, istnieje napięcie, wiadomo od dawna. Moralność jest potrzebna, ponieważ sytuacja wzajemnej zależności i współistnienia w społeczeństwie tego wymaga (przecież nawet regulacje prawne, określające co jest dozwolone a co nie, w gruncie rzeczy opierają się na jakiejś aksjologii. Minimalny kodeks moralny obowiązuje w każdej społeczności np. nie zabijaj, nie kradnij).

Twierdzisz, że ludzka zwierzęcość i skłonności atawistyczne znajdują się niejako poza kategoriami dobra i zła. Zgoda. Ale nie rozumiem, dlaczego do zwykłych potrzeb biologicznych (jedzenie, sen, odzież, zabawa, seks itp.) dodajesz zdolność do zadawania bólu, cierpienia, wreszcie śmierci. Oczywiście warunkiem wolnej woli człowieka oraz jego natury jest także i to, że potrafi ranić drugiego, zabić (nieważne z jakiego powodu). W kategoriach czysto opisowych zgoda, taki jest człowiek, ma taką potencję. Jak to ktoś kiedyś powiedział: „każdy z nas jest potencjalnym zabójcą”. Niemniej jednak owe „zdolności” przestają być neutralne aksjologicznie, kiedy mamy do czynienia z zadawaniem cierpienia drugiej osobie. To jest dla mnie ten miernik i wyznacznik, którym się kieruję. Jeśli jedna osoba zadaje drugiej cierpienie lub ją zabija, oceny moralne są jak najbardziej na miejscu. To nie jest tak, że wszyscy są wtedy wygrani. Ma to swoje przełożenie w filmie: Teresa, Laura i Maddy giną (w ogóle historia Laury do wesołych nie należy). Więc siłą rzeczy wymiar oceniający/moralny musi się pojawić. Może i Lynchowi chodziło o dysonans: natura-kultura, ale od wartościowania nie da się uciec.

Może to co teraz napiszę będzie na wyrost, ale wypowiedzi Prawdziwka (zapewne na jego reakcję nie będę musiał długo czekaćSmile)też idą w tym kierunku, tj.:

- „pokazanie BOBa jako odbicia w lustrze Coopera, motyw Doppelgangera, to momenty prawdy - pokazujące, że to MY sami jesteśmy BOBami, MIKE'ami i wszystkimi innymi stworami zarazem. Są to fikcje, przy pomocy, których chcemy uzasadnić nasze postępki”;
- „Bob u Lyncha, inaczej, niż u Freuda, jest utożsamiany ze wszystkim co złe. „Wola zwierzęca” odpowiada za wszystko, co złe”;
- „Karzeł (...) przywołuje BOBa, bo to właśnie najczęściej popęd seksualny jest bezpośrednią przyczyną tego, że ludzie stają się potworami (chorobliwa zazdrość, przemoc domowa, seksualne perwersje)”;
- „dla mnie to dość prosta alegoria – niskie pobudki nie wydają się nam same w sobie złe, wręcz przeciwnie – pociągają nas. Ale ulegając tym pobudkom możemy się stać zwierzęciem-potworem – Bobem. Motyw znany z resztą od dawna”.

Postacie Boba i Mike’a w powyższych cytatach nie są, według mnie, tylko suchym opisem ludzkiej zwierzęcości i skłonności do atawizmu. Symbolizują nasze złe postępki, „wolę zwierzęcą”, która sprawia, że niektórzy z nas stają się potworami. Występuje tutaj element oceniający. A zatem jest i moralność, a w konsekwencji dobro i zło.

Przypominam sobie, że nie kto inny a sam Nietzsche postulował właśnie powstanie nadczłowieka, którego kategorie dobra i zła przestałyby obowiązywać (ponoć odnosiło się to do sfery sztuki, ale z drugiej strony zapytany kiedyś ś. p. prof. L. Kołakowski czy Nietzsche poparłby Hitlera, odpowiedział, że prawdopodobnie tak).

Odwrotnie jest w kulturze zachodniej, a konkretnie w tradycji liberalnej. Jest taka scena z „Borata” kiedy ten chciał zdać na prawo jazdy i w samochodzie pyta się instruktora dlaczego w USA nie może przymusić kobiety, żeby się z nim kochała. A ten mu odpowiada, że warunkiem jest jej przyzwolenie. Inaczej złamie prawo. Innymi słowy, jak to ktoś trafnie powiedział: „wolność mojej pięści kończy się na czubku twojego nosa”.

I to jest kwintesencja tego o czym tutaj piszę. Maksymalny zakres wolności jednostki, przy równoczesnym zapewnieniu takiego samego zakresu wolności innych jednostek, wyklucza zachowania, w których stosowana jest przemoc, zadawanie cierpienia i śmierć (mówimy tutaj o normalnych sytuacjach, a nie np. obronie własnej, wojnie itp.). Oczywiście samo postawienie pytań o ludzką naturę i jej zachowania przez Lyncha nie jest czymś złym, wręcz przeciwnie, serial i film dodatkowo na tym zyskuje. Natomiast za niewytrzymujące krytyki uważam twierdzenie o braku możliwości stosowania wyznaczników moralnych przy zachowaniach ludzkich. Taka wizja w mojej opinii jest fałszywa. I moim zdaniem jest to też słaby punkt wizji Lyncha.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
doggod




Dołączył: 04 Lip 2007
Posty: 531
Przeczytał: 1 temat

Pomógł: 5 razy
Skąd: Zielona Góra

PostWysłany: Sob 0:36, 11 Lut 2012    Temat postu:

kamil_tk napisał:


Chciałbym wszelako teraz dodać do tego pewne zastrzeżenie. Otóż należy pamiętać, że podział na kulturę i naturę jest tematem starym jak świat. Dodatkowo u Freuda jest on przedstawiony w sposób przewrotny. W zasadzie od starożytności (będę się wypowiadał tylko o kulturze zachodniej, o innych wiem za mało aby uogólniać moje wnioski) mamy do czynienia z przeciwnym kierunkiem, gdzie występuje opozycja jednostka- społeczeństwo (w późniejszych epokach podział ten był różnie przedstawiany, także jako natura-kultura: drobne różnice możemy pominąć, bez uszczerbku dla myśli przewodniej).


Oczywiście, ze temat rozdźwięku między NATURĄ a KULTURĄ jest tematem starym. Nikt nie pisał, ze jest nowym. LYNCH nie jest filozofem, i nie ma on zapewne takich ambicji, by wytyczac swoimi filmami nowe kierunki filozoficzne. Jest on rezyserem, i proponuję, by skupić się na jego wizji pewnych spraw, a nie sięgać do starożytnej Grecji lub innej antycznej kultury.

kamil_tk napisał:

Niemniej jednak do dzisiaj z psychoanalizy Freuda jako nauki niewiele się ostało. Jego poglądy traktuje się raczej w kategorii mitu niż nauki.


Doceniam twoją wiedzę i twoje zdanie na temat FREUDA, a raczej jego poglądów, ale wolałbym pisać tutaj o filmach LYNCHA i próbowac wspólnie iść tropem jego artystycznej wizji. To, ze ty masz swoje zdanie na temat antycznej filozofii, czy FREUDA nie przyblizy nas do pełniejszego zrozumienia filmów lYNCHA.

kamil_tk napisał:

Moralność jest potrzebna, ponieważ sytuacja wzajemnej zależności i współistnienia w społeczeństwie tego wymaga (przecież nawet regulacje prawne, określające co jest dozwolone a co nie, w gruncie rzeczy opierają się na jakiejś aksjologii. Minimalny kodeks moralny obowiązuje w każdej społeczności np. nie zabijaj, nie kradnij).


Skoro już robisz takie wycieczki personalne do moich refleksji, to dobrze. Wiedz o tym, ze ja pokusiłem się jedynie o interpretacje filmu, a nie wygłosiłem swojego zdania na temat moralności. Twierdzisz, ze moralność jest potrzebna. Nikt nie mówił, że nie jest. To, że LYNCH moim zdaniem relatywizuje jej znaczenie, nie oznacza, że jest przeciwny jej istnieniu. LYNCH przecież nie staje po jednej ze stron barykady, on po prostu przedstawia swiat, jaki jest naprawdę. Jest uważnym obserwatorem tego, co się w człowieku dzieje, jak otoczenie wpływa na niego. To tylko tyle, a moze az tyle.

Natomiast skoro już wywołałeś mnie do tablicy z tym minimalnym kodeksem moralnym, to jestes w błędzie, że niby w kazdej kulturze NIE ZABIJAJ jest takim podstawowym przykazeniem, jak w chrzesciajaństwie czy buddyzmie. W celach rytualnych prawo to nie obowiązuje w wielu pogańskich kultach,a nawet w hinduiźmie, pomimo,ze oficjalne stanowisko rzadu i tamtejsze prawo zabrania mordowania ludzi. Co innego oficjalne stanowisko rzadu i prawa, a co innego "undergroundowe" praktyki i "moralność " religijnych orthodoksów i sporej czesci społeczeństwa, która ma tego swiadomosć, co sie dzieje w pewnych kręgach. To samo z NIE KRADNIJ. Pewnei dla ciebie, wychowanego w systemie judeochrzesciajńskiej moralności tego typu niby podstawowe prawa moralne sa oczywiste, ale poznając blizej rózne kultury zdziwiłbys sie, jak to jest róznie postrzegane.

kamil_tk napisał:

Ale nie rozumiem, dlaczego do zwykłych potrzeb biologicznych (jedzenie, sen, odzież, zabawa, seks itp.) dodajesz zdolność do zadawania bólu, cierpienia, wreszcie śmierci.


Bo zwykłe potzreby biologiczne sa nierozerwalnie połaczone z tym, co okresliłes mianem zdolności. To biologia, czyli natura determinuje zachowanie człowieka. Chyba się z tym zgodzisz?

kamil_tk napisał:

Jeśli jedna osoba zadaje drugiej cierpienie lub ją zabija, oceny moralne są jak najbardziej na miejscu.


Moim zdaniem nie. Wytłumacz mi kategorię moralną, jaką sie kierowali sedziowie z Norymbergii, którzy postawili wyrok śmierci dla wielu hitlerowców z czasów II Wojny Światowej? Gdzie tu jest respektowanie ŻYCIA? Odwet? Skoro tak, skoro odwet moze byc ponad NIE ZABIJAJ, to dlaczego nie mozna zabijać w imie zjednoczenia z bogiem? Sacrum tu wręcz powinno być jeszcze bardziej respektowane, niż usankcjonowany prawnie i adminiostracyjnie odwet.


kamil_tk napisał:

Więc siłą rzeczy wymiar oceniający/moralny musi się pojawić. Może i Lynchowi chodziło o dysonans: natura-kultura, ale od wartościowania nie da się uciec.


Jak zatem wytłumaczysz pzredstawianie LYLANDA, jako kochajacego ojca? Czy ten zaserwowany dysonans nie oznacza: NIE WARTOSCIUJ MNIE, JA KOCHAŁEM SWOJĄ CÓRKĘ? A gdyby LYNCH nie siegnął po tę sztuczkę z kochającym ojcem, tylko zaprezentował jednowymiarowego degenerata bez zadnych uczuć, to jak oceniałbyś taką postać? Tak samo, jak kochajacego ojca? Jak myślisz, z czego wynika zamierzony dysonans?


kamil_tk napisał:

ale z drugiej strony zapytany kiedyś ś. p. prof. L. Kołakowski czy Nietzsche poparłby Hitlera, odpowiedział, że prawdopodobnie tak).


To jest tylko pieprzenie po próżnicy. Niby na jakiej podstawie KOŁAKOWSKI mógł bawić sie tutaj we wrózkę? A nawet, jesli NIETZSCHE poprałby HITLERA, to co z tego? Mało wielkich umysłów go popierało?


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kamil_tk




Dołączył: 27 Paź 2011
Posty: 24
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Nie 18:37, 12 Lut 2012    Temat postu:

Kilka spraw więcej:

1) Podział natura-kultura i poglądy Frueda: opisanie powyższych wątków miało na celu jedynie posłużyć szerszemu spojrzeniu na „wizję artystyczną Lyncha”, bo siłą rzeczy każda wizja na jakichś poglądach się opiera – w przypadku Lyncha jedno z centralnych miejsc zajmują poglądy Freuda (zresztą sam pisałeś o kulturze jako źródle cierpienia). Poza tym sam w swoich wypowiedziach odwołujesz się do hinduizmu, buddyzmu, ścieżki lewej ręki itp., więc i ja postanowiłem dodać własną skromną opinię. Dodatkowo jak sięgam pamięcią na tym forum nikt jeszcze nie pokusił się o taką poszerzoną analizę (zgoda można było o tym napisać w innym poście, ale cóż, będzie tutaj).

2) Piszesz, że Twoim zdaniem Lynch relatywizuje znaczenie moralności oraz, że przedstawia świat takim jaki jest. Zgoda, taki pogląd i ja podzielam. Tylko, że mnie przede wszystkim interesują z jednej strony głębsze założenia wizji Lyncha (stąd m. in. odniesienia do Freuda), a z drugiej strony do czego taka postawa prowadzi lub może prowadzić, a nie tylko „co się w człowieku dzieje, jak otoczenie wpływa na niego”. No właśnie tylko tyle, albo aż tyle. Oczywiście, można poprzestać i delektować się tym co stworzył Lynch z Frostem. To i tak dużo. Ja czuję niedosyt. Właśnie obejrzenie takiego serialu/filmu niejako zmusza człowieka (przynajmniej mnie) do zastanowienia się nad naturą człowieka, jego czynami, wpływem społecznym, ale co równie ważne skutkami, konsekwencjami określonego działania (w ten sposób, choć znowuż trochę generalizując, odbieram słowa Lyncha w książce „W pogoni za wielką rybą”, gdzie pisze, że nie komentuje swoich dzieł, aby każdy mógł wyrobić własne zdanie).


3) Co do minimalnego kodeksu moralnego (nie zabijaj, nie kradnij): możliwe, że wypowiedziałem się nie dość precyzyjnie, z europocentrycznego punktu widzeniaJ.
Może nie obowiązuje w takiej formie jak w kulturze zachodniej, ale jakaś forma moralności jako regulatora życia społecznego występuje, czy to w postaci prostych zakazów, nakazów, czy też poprzez jakąś formę tabu, gdzie ich częścią są właśnie rytuały (polecam książki Franza Boasa, Ruth Benedict, Bronisława Malinowskiego – o kulturze Triobrandczyków, czy Claude Levi Straussa). Przecież rytuały też czemuś służą, są pewnym sposobem uporządkowania świata, stosunków i relacji między członkami danego plemienia.

Tylko, że w tym podejściu tkwi pewna pułapka. Otóż próbując zrównać (tak traktuję tezę, że nie w każdej kulturze nie zabijaj obowiązuje) choćby nasz dorobek cywilizacyjny z kulturami pierwotnymi ześlizgujemy się niebezpiecznie w relatywizm kulturowy, gdzie wszystkie praktyki są równe i prawomocne. To jest trochę tak jakby powiedzieć: „u nas takie rzeczy są nie do pomyślenia, ale dla tych dzikusów to w sam raz” (słowa L. Kołakowskiego). Poza tym nikt z nasz nie chciałby, aby jakiś kanibal przyjechał do nas i zjadał raz na tydzień jakiegoś młodzieńca – bo jego plemię miało taki rytuał (słowa U. Eco). Listę takich egzotycznych praktyk możemy wydłużyć np. przymusowe obrzezania dziewczynek, praktykowane przez wiele kultur w Afryce, czy zwyczaj palenia wdów pośród niektórych wspólnot w Indiach i Bangladeszu...
4) Co potrzeb biologicznych i zdolności. Jeśli cytujesz moją wypowiedź to cytuj proszę całą. W kolejnym zdaniu napisałem: „Oczywiście warunkiem wolnej woli człowieka oraz jego natury jest także i to, że potrafi ranić drugiego, zabić (nieważne z jakiego powodu). W kategoriach czysto opisowych zgoda, taki jest człowiek, ma taką potencję”. Tylko, że mi chodziło o coś innego. A mianowicie, że z tego, że człowiek ma takie zdolności, a co za tym idzie skłonności atawistyczne, nie wynika, że kategorie moralne nie mają nic tu do powiedzenia – jak sam postulujesz. Podałem przykład Teresy, Laury i Maddy. W jakich kategoriach byś rozpatrywał ich śmierć: zwierzęcości Lelanda i jego atawizmu??

Piszesz, że to biologia, czyli natura determinuje zachowania człowieka. Zgoda. Ale należy pamiętać, że już ludzki mózg posiada zarówno części odpowiadające za niższe funkcje np. najstarsza część, czyli tzw. mózg gadzi, ciało migdałowate), jak i wyższe funkcje (płat czołowy), który w dużym uproszczeniu odpowiada za nasze funkcjonowanie w społeczeństwie (innymi słowy nakłada ograniczenia na nasze popędy i potrzeby).

5) Kwestia moralnej oceny zabicia człowieka: hitlerowcy byli sądzeni za zamordowanie milionów ludzi. Część z nich została za to skazana na śmierć, inni dostali długoletnie wyroki więzienia, niektórzy uwolnieni. Doszukiwanie się w tym procesie chęci odwetu (zresztą sam sobie odpowiedziałeś, że to był odwet) według mnie świadczy albo o nieznajomości historii albo o złej woli. Tutaj chodzi o sprawiedliwość a nie odwet. Polecam książki H. Arendt m. in.: „Korzenie totalitaryzmu” oraz „Eichmann w Jerozolimie”). W ten sposób każdą śmierć (sprawcę) należałoby traktować tak samo. Sorry, ale podawanie przykładu hitlerowców to już poziom nie dla mnie.

6) Wypowiedź L. Kołakowskiego o Nietzschem: też nie lubię stwierdzeń „co by było gdyby”, ale akurat tutaj uważam tak samo jak L. K. Naziści wykorzystali poglądy Nietzschego, budując swoją ideologię, klasy panów i podludzi. Co do innych wielkich umysłów, to słyszałem tylko o M. Heideggerze (był w NSDAP), a z sympatyków na pewno H. Ford, nie do końca wyjaśniona jest rola G. Grassa. Zresztą to Ty użyłeś kwantyfikatora ogólnego (twierdzisz, że wielu „wielkich umysłów” go popierało), więc powinieneś poprzeć swoją hipotezę dowodami. Z pewnością popierali Hitlera ci, którzy podzielali jego spiskową teorię dziejów, zawartą w „Mein Kampf”. Na pewno zbyt wielu „wielkich umysłów” nie znajdziesz wśród myślicieli żydowskiego pochodzenia...

7) dysonans natura-kultura i postać Lelanda: szczerze mówiąc, dla mnie nie ma znaczenia, czy Lynch dodał sztuczkę z kochającym ojcem czy nie. Moja ocena jest taka sama. Co to znaczy nie oceniaj mnie?? Kochał swoją córkę?? – jest coś takiego jak chora miłość. Czy można mieć jakieś wątpliwości?? Scena z kochającym ojcem była tylko raz, po obiedzie, ale czy to coś zmienia?? Dzięki temu postać Lelanda może i jest rozbudowana, ale to nie wpływa na końcową negatywną ocenę. I jak to się ma do dysonansu „zwierzęcości i skłonności atawistycznych”, opisywania świata takim jaki jest i braku kategorii moralnych?? Nie rozumiem.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
doggod




Dołączył: 04 Lip 2007
Posty: 531
Przeczytał: 1 temat

Pomógł: 5 razy
Skąd: Zielona Góra

PostWysłany: Nie 22:35, 12 Lut 2012    Temat postu:

kamil_tk napisał:
Kilka spraw więcej:
Poza tym sam w swoich wypowiedziach odwołujesz się do hinduizmu, buddyzmu, ścieżki lewej ręki itp., więc i ja postanowiłem dodać własną skromną opinię. Dodatkowo jak sięgam pamięcią na tym forum nikt jeszcze nie pokusił się o taką poszerzoną analizę (zgoda można było o tym napisać w innym poście, ale cóż, będzie tutaj)


Odwołuję sie do buddyzmu, bo i LYNCH ewidentnie daje temu swiadectwo w swoich filmach. O hinduiźmie napisałem tylko w kontekscie moralności, co było poza lynchowskim wątkiem tutaj poruszanym. jesli powoływałem sie do buddyzmu, to tylko w zakresie takim, który był niezbedny do argumentacji swojej interpretacji danych filmów. Ale to nie jest wazne, jesli chcesz az tak bardzo zonglowac swoją wiedzą tutaj, nie do konca związaną z wyjasnieniem konkretnych kwestii filmowych, twoja sprawa. Ja tylko chciałem napisac, ze jest to bezużyteczne w tym momencie.

kamil_tk napisał:
Kilka spraw więcej:
le jakaś forma moralności jako regulatora życia społecznego występuje, czy to w postaci prostych zakazów, nakazów, czy też poprzez jakąś formę tabu, gdzie ich częścią są właśnie rytuały


Ależ oczywiście, tyle że relatywizm moralny bierze się m.in. własnie stad, tzn. z sytuacji, że na przestrzeni wieków i różnej szerokości geograficznej, moralność taka posiada różne swoje standardy. Bynajmniej w kontekście filmów lYNCHA nie chce tutaj wywyższać innej niż judeochrzesciajński system moralny. LYNCH akurat zajął się srodowiskiem o takim kręgosłupie moralnym, a nie innym, i poddał go zakamuflowanej krytyce, co nie onacza, że pochwalałby moralność Azteków. Innymi słowy, nie jest wazne w tym momencie, czy tu chodzi o katolików, czy o innych wyznawców, chodzi o to, ze człowiek w wyniku swojego postępu cywilizacyjnego / kulturowego sam siebie osacza.


kamil_tk napisał:
Poza tym nikt z nasz nie chciałby, aby jakiś kanibal przyjechał do nas i zjadał raz na tydzień jakiegoś młodzieńca – bo jego plemię miało taki rytuał (słowa U. Eco). Listę takich egzotycznych praktyk możemy wydłużyć np. przymusowe obrzezania dziewczynek, praktykowane przez wiele kultur w Afryce, czy zwyczaj palenia wdów pośród niektórych wspólnot w Indiach i Bangladeszu...


Naprawde, nie rozumiem twoich insynuacji, które zupełnie są wyssane z palca. Przeciez w tych wszystkich moich wywodach nie gloryfikowałem pierwotnych kultur i ich systemy moralne!!! Mało tego, zapewniam cie, że potrafię dostrzec wszystkie pozytywne aspekty opresyjności judeochrzescijańskiej moralności. Problemem jest jednak nie to, co nam nasza kultura daje, tylko co nam zabiera. Jedni będą stawiać ponad wszystko komfort egzystencji w ciepłych mieszkaniach z pradem i internetem, a inni widziec w tym tylko powolny zanik duchowości. Jedni chcą być niewolnikami nakazów i zakazów, a inni beda dążyc do wolności absolutnej. I nad tym sie bardziej zastanów, a nie przywołuj katastroficzne wizje kanibalów pozerajacych twoje dzieci i rodziców w twoim własnym domu.

kamil_tk napisał:
nie wynika, że kategorie moralne nie mają nic tu do powiedzenia – jak sam postulujesz. Podałem przykład Teresy, Laury i Maddy. W jakich kategoriach byś rozpatrywał ich śmierć: zwierzęcości Lelanda i jego atawizmu??


Nie mają, bo moim zdaniem LYNCH nie rozpatruje w swoim filmie niuansów między dobrem a złem, tylko niuanse zwiazane z wątpliwymi, kulturowymi mechanizmami kontroli i tłumienia ludzkiego instynktu. To, gdzie i jak kłądzie akcent LYNCH w swoim filmie swiadczy własnie o moim kierunku interpretacji, gdyż LYNCH daleki jest od moralizowania. ba, wrecz stara się wybielać tych, którzy popełnili karygodne czyny. namawiam cie, byś uwaznie czytałto, co piszę na ten temat. Polemizuj ze mną nie na płaszczyźnie moich pogladów na tematy moralne, tylko z moim pogladami na temat filmu LYNCHA. I jesli chcesz kwestionowac to co pisze, prosze, siegaj do argumentów filmowych i swoich interpretacji, które staraj sie uzasadniać. To nie jest forum, na którym masz walczyc z moim światopoglądem, tylko z moją intepretacją, ok?


kamil_tk napisał:

Piszesz, że to biologia, czyli natura determinuje zachowania człowieka. Zgoda. Ale należy pamiętać, że już ludzki mózg posiada zarówno części odpowiadające za niższe funkcje np. najstarsza część, czyli tzw. mózg gadzi, ciało migdałowate), jak i wyższe funkcje (płat czołowy), który w dużym uproszczeniu odpowiada za nasze funkcjonowanie w społeczeństwie (innymi słowy nakłada ograniczenia na nasze popędy i potrzeby).


Po pierwsze, tak naprawde to człowiek jeszcze nie poznał w całości mózgu, i jego funkcji.
Po drugie, to że akurat tak mózg jest aktualnie zbudowany wynika wlasnie z ewolucji człowieka, o tym, ze przez szereg lat jego ciało (nie tylko mózg) dostosowało sie do takiego, a nie innego otoczenia.
Po trzecie. Ani ja, ani pewnie LYNCH nie kwestionuje "pierwiastka" kulturowego w człowieku. LYNCh raczej kwestionuje to, ze człowiek zaburza harmonię w sobie i stara się jedynie kierowac racjonalnym tropem w swoim życiu, tłumiąc inne rejony swojej duchowości.


kamil_tk napisał:

Kwestia moralnej oceny zabicia człowieka: hitlerowcy byli sądzeni za zamordowanie milionów ludzi. Część z nich została za to skazana na śmierć, inni dostali długoletnie wyroki więzienia, niektórzy uwolnieni. Doszukiwanie się w tym procesie chęci odwetu (zresztą sam sobie odpowiedziałeś, że to był odwet) według mnie świadczy albo o nieznajomości historii albo o złej woli.


Jak rozumiem, sugerujesz, ze to jakaś ilość zabitych ludzi uprawnia człowieka do wymierzenia sprawiedliwości w postaci wyroku śmierci dla oprawców ofiar? Owszem, posłużyłem sie dość skrajnym przypadkiem, ale skoro postawiłes teze, ze NIE ZABIJAJ jest jakaś normą kulturową, to chyba powinienes sie liczyc, ze takie stawianie tez musi wiazać sie z takoż samą odpowiedzią. Całkiem możliwe, ze nie znam historii, więc bardzo chetnie przeczytam z jakiego powodu powieszono STREICHERA, który nie zabił zadnego człowieka? Tylko dlatego, ze był aktywną postacią FASZYZMU? Innymi słowy, skoro nie odwet, to chęć przejecia totalitarnych narzedzi hitlerowskich faszystów przez sformalizowane instytucje demokratyczne, i "wycięcie w pień" niewygodnych wyznawców pogladów, które są w obliczu bezpieczeńśtwa demokracji zagrożeniem? Pojaśnij mi prosze, w którym momencie żelazna zasada NIE ZABIJAJ potrafi być uzasadniona i nieprzestrzegana w kulturze zachodnioeuropejskiej?


kamil_tk napisał:

Tutaj chodzi o sprawiedliwość a nie odwet



Aha, sprawiedliwość powiadasz. Hmm, ciekawe. A co jest wyznacznikiem sprawiedliwości? Mordujący ojciec oprawcę, który zgwałcił i zamordował jego córkę, jest aktem sprawiedliwości?

kamil_tk napisał:

W ten sposób każdą śmierć (sprawcę) należałoby traktować tak samo. Sorry, ale podawanie przykładu hitlerowców to już poziom nie dla mnie.


To prawda, to też nie mój poziom twojej poprawności politycznej. myslałem, ze dla ciebie zasada NIEZABIJAJ ma jakąś uniwersalną wartość, która stanowi trzon twojej moralnosci. Okazuje się, że twoim zdaniem jednak jednych ludzi mozna zabijać, a drugich nie. Bardzo względnymi wartosciami sie kierujesz w swoim zyciu, musze przyznać.

kamil_tk napisał:

Naziści wykorzystali poglądy Nietzschego, budując swoją ideologię, klasy panów i podludzi.


Dziekuje za instruktaż. Poglady NIEZSCHEGO były jedne z wielu, do których odwoływali się faszyści. Mało tego, odwoływali się po drodze mocno przekształcając ich pierwotny zamysł. Fałszem jest więc twierdzenie, ze NIETSCHE ma coś wspólnego z ideologią faszystowską. Jest to ewidentne zakłamywanie rzeczywistości.


kamil_tk napisał:

Co do innych wielkich umysłów, to słyszałem tylko o M. Heideggerze (był w NSDAP), a z sympatyków na pewno H. Ford, nie do końca wyjaśniona jest rola G. Grassa. Zresztą to Ty użyłeś kwantyfikatora ogólnego (twierdzisz, że wielu „wielkich umysłów” go popierało), więc powinieneś poprzeć swoją hipotezę dowodami


Wielkie umysły drogi kolego to nie tylko filozofowie. To też ludzie koscioła, naukowcy, urzednicy, politolodzy, artyści i wiele innych grup społecznych, no chyba ze pozbawiasz innych ludzi mądrości, wyobraźni, etc. A żeby ci uzmysłowić wielkosć faszyzmu w swiadomości społecznej okresu miedzywojennego, to niech ci da cos do myslenia to, ze na całą wówczas Europę, tylko w 3 państwach partie faszystowskie były opozycją. W reszcie państw były wybrane jako wiodace partie rzadzace lub jako koalicjanci innych partii rządzących. To pewnie dla ciebie niewiele znaczy, bo znasz tylko 3 filozofów, którzy przyznali sie do fascynacji tym nurtem politycznym.

kamil_tk napisał:

Scena z kochającym ojcem była tylko raz, po obiedzie,


Obejrzyj jeszcze raz film.

kamil_tk napisał:

I jak to się ma do dysonansu „zwierzęcości i skłonności atawistycznych”, opisywania świata takim jaki jest i braku kategorii moralnych?? Nie rozumiem.


To dobrze, ze nie rozumiesz. Obys nie rozumiał dalej.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
pjhmoon




Dołączył: 07 Sie 2008
Posty: 505
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 6 razy

PostWysłany: Pon 3:14, 13 Lut 2012    Temat postu:

Kamilu,
Szukasz jednego modelu czlowieka z jednakowymi uwarunkowaniami a taki nie istnieje. A juz napewno nie przedstawi kogos o tak ogólnym rysie film Davida Lyncha. Predzej mozesz szukac wykrzywionych relacji i nieoczywistych powiazań, ktore tworzą swiaty w jego filmach. pozdrawiam

prawdziwek napisał:
W tej chwili przychylam się do innej interpretacji. Mianowicie wychodzę z założenia, że istotą kina Lyncha jest to, że rzeczy, które widzimy na ekranie nie są, używając tego nieco wyśmianego sloganu "prawdą ekranu". Tzn. Lynch pokazuje nam fałsz, celowo konfrontuje nas z bzdurami, które sami wymyślamy.

BOB jest demonem w tym sensie, że jest ubzduraną postacią, na którą zwalamy rzeczy wstydliwe, do których nie chcemy się przyznać sami przed sobą. Wierzenie w BOBa jest jak wierzenie w diabła Borutę. Jak coś złego zrobimy, to przecież diabeł nas podkusił. Diabeł, tak jak BOB jest niby niezależną od ludzi osobą, która ich kusi, a nawet się wciela w nich w momentach, gdy grzeszą.

W tym kontekście pokazanie BOBa jako odbicia w lustrze Coopera, motyw Doppelgangera, to momenty prawdy - pokazujące, że to MY sami jesteśmy BOBami, MIKE'ami i wszystkimi innymi stworami zarazem. Są to fikcje, przy pomocy, których chcemy uzasadnić nasze postępki.

BOB wspomina wydarzenia z Pitsburga, gdyż pełni w filmie funkcję uniwersalną, obrazując ciemne strony ludzkiej natury w ogóle, a nie tylko ciemną stronę Lelanda. Nic dziwnego, że w trakcie przesłuchania Cooperowi przypomina jego własne "ciemne" sprawy.

Interpretacja interpretacją. Kazdy ma prawo do niej i kazdy do innej (o to chodzi w tym filmie). Ty skupiles sie na tu głownie na BOBie.

Postacie i narracja opowiesci i samego serialu zmieniała sie nie tylko pod wpływem i z pomoca pomysłow rezysera ale działo sie tak na skutek działan producentow, szefow stacji itd. Dlatego nie rozpatrywałbym całego serialu biorac sie za jakakolwiek sensowna interpretacje. Postawiłbym jesli już tylko na czas do realizacji FWWM bo nawet juz tam zaczynaja sie niescislosci. To tak na starcie Smile

"Powstanie" tej postaci w trakcie realizacji moze sugerowac ze jest całkiem odrębnym bytem potegujacym nastroj calej historii. Ale.. nie za kazdym razem i w przypadku kazdej postaci jest tym samym. O ile wierzyc ksiazkom to Lynch bardzo nie lubi i ucieka od uogólnień. Watpliwe wiec jest zeby mozna bylo wyjasnic generalnie sens istnienia Bob'a w zyciu kazdego z bohaterów. Bob ma odnosic sie w poczatkowej fazie opowiesci do sytuacji Laury. I pozniej kazda nastepna sytuacja i bohater niejako odwoluja sie do perspektywy z jakiej BOB opisywany był przez Laure, chociazby w jej pamietniku. To w koncu byl bardzo wazny dowod i slad po smierci dziewczyny.

Na marginesie. Według mnie dobra podpowiedzia w poszukiwaniach odpowiedzi dlaczego Lynch tak konczy serial bedzie siegniecie do drugiego nieukonczonego serialu Davida Lyncha, ktory przybral forme filmu pelnometrazowego a zwie sie "Mulholland Drive".

p.s. Smile Nie przylepiajcie Davidowi łatki pesymisty. Wrecz przeciwnie On własnie w takich ciemnych owianych tajemnica zakamarkach duszy znajduje jasna perspektywę, ktorej w zwyklych okolicznosciach raczej nie zauważamy. To ze jego metodą tworzenia jest poszukiwanie i otwartosc na nieznane to najlepszy dowód, ze nie jest artystą-pesymistą. Wink Doswiadczanie nieznanego otwiera i tak warto czytac jego filmy.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez pjhmoon dnia Pon 5:06, 13 Lut 2012, w całości zmieniany 21 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kamil_tk




Dołączył: 27 Paź 2011
Posty: 24
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Wto 0:17, 14 Lut 2012    Temat postu:

Ok, widzę, że podobnie jak w wielu innych wątkach rozmowa zaczyna się rozjeżdżać na poboczne tematy i do niczego nie prowadzi, więc na tym proponuję zakończyć.

doggod
[quote="kamil_tk napisał:

I jak to się ma do dysonansu „zwierzęcości i skłonności atawistycznych”, opisywania świata takim jaki jest i braku kategorii moralnych?? Nie rozumiem.


To dobrze, ze nie rozumiesz. Obys nie rozumiał dalej.[/quote]

Co do postaci Boba-a. Skoro sam o tym napisałeś, to liczyłem, że uzasadnisz swoje stanowisko, no ale cóż, jeśli tylko na tyle Cię stać...

pozdrawiam


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kamil_tk




Dołączył: 27 Paź 2011
Posty: 24
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Wto 0:41, 14 Lut 2012    Temat postu:

[quote="pjhmoon"]

Postacie i narracja opowiesci i samego serialu zmieniała sie nie tylko pod wpływem i z pomoca pomysłow rezysera ale działo sie tak na skutek działan producentow, szefow stacji itd. Dlatego nie rozpatrywałbym całego serialu biorac sie za jakakolwiek sensowna interpretacje. Postawiłbym jesli już tylko na czas do realizacji FWWM bo nawet juz tam zaczynaja sie niescislosci. To tak na starcie Smile

"Powstanie" tej postaci w trakcie realizacji moze sugerowac ze jest całkiem odrębnym bytem potegujacym nastroj calej historii. Ale.. nie za kazdym razem i w przypadku kazdej postaci jest tym samym. O ile wierzyc ksiazkom to Lynch bardzo nie lubi i ucieka od uogólnień. Watpliwe wiec jest zeby mozna bylo wyjasnic generalnie sens istnienia Bob'a w zyciu kazdego z bohaterów. Bob ma odnosic sie w poczatkowej fazie opowiesci do sytuacji Laury. I pozniej kazda nastepna sytuacja i bohater niejako odwoluja sie do perspektywy z jakiej BOB opisywany był przez Laure, chociazby w jej pamietniku. To w koncu byl bardzo wazny dowod i slad po smierci dziewczyny.[quote]

Może to co teraz napiszę wyda się trochę infantylne, ale cóż, trzeba spróbowaćSmile

Też słyszałem, że koncepcja serialu z różnych powodów się zmieniała. Piszesz, że wątpliwe jest generalnie wyjasnienie sensu istnienia Boba. To w takim razie chciałbym się zapytać o Twoją koncepcję. Bo tak: na początku wydaje się być jakimś bytem odrębnym, i prawda wiedza kim był pochodzi głównie z pamiętnika Laury no i śledztwa Coopera. Ale pod koniec (szczególnie ostatni odcinek) burzy dotychczasową koncepcję, tym bardziej gdy dodamy jeszcze wątek Earla. A może (co by mnie osobiście zmartwiłoSad) rzeczywiście wizja Boba (piszę Boba, ale można go traktować jako przedstawiciela innych postaci jakMike,Karzeł, Olbrzym itd.) się zmieniała i nie ma jednego klucza do jego interpretacji??

Pozdrawiam


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
doggod




Dołączył: 04 Lip 2007
Posty: 531
Przeczytał: 1 temat

Pomógł: 5 razy
Skąd: Zielona Góra

PostWysłany: Wto 2:06, 14 Lut 2012    Temat postu:

kamil_tk napisał:


7) dysonans natura-kultura i postać Lelanda: szczerze mówiąc, dla mnie nie ma znaczenia, czy Lynch dodał sztuczkę z kochającym ojcem czy nie. Moja ocena jest taka sama. Co to znaczy nie oceniaj mnie?? Kochał swoją córkę?? – jest coś takiego jak chora miłość. Czy można mieć jakieś wątpliwości?? Scena z kochającym ojcem była tylko raz, po obiedzie, ale czy to coś zmienia?? Dzięki temu postać Lelanda może i jest rozbudowana, ale to nie wpływa na końcową negatywną ocenę. I jak to się ma do dysonansu „zwierzęcości i skłonności atawistycznych”, opisywania świata takim jaki jest i braku kategorii moralnych?? Nie rozumiem.



Po pierwsze, nie rozumiem, dlaczego wyciągasz z kontekstu moje wypowiedzi. Wątek o dysonansie pojawił się, gdy opisywałem swoje ogólne refleksje na temat filmu, a nie konkretnie do Lelanda. Przypadek Lelanda nie słuzy do tego, by pastwić się nad nim i moralizowac, jaki ten człowiek był zły do szpiku kości. Ewidentnie LYNCH chciał odciągnąć widza od takiego prostego, by nie powiedzieć ze prostackiego sposobu myślenia, właśnie w scenie w celi aresztu, tuż przed śmiercią ojca Laury. To ta scena właśnie jest istotna, bo widzimy człowieka, który dał sie opetać swojemu instynktowi, swojemu atawizmowi. I tutaj LYNCH widzi tragizm losu człowieka, właśnie w tym, ze człowiek współczesny nie potrafi dokonać wewnętrznego zbilansowania tego, co jest najwartościowsze w atawizmie z tym, co jest najlepsze w racjonalnej sferze świadomości. Biegunowo różnym do LELANDA człowiekiem jest Major BRIGGS. BRIGGS z kolei jest ofiarą zbytniego zawierzenia rozumowi oraz kierowania się jakimiś zasadami moralnymi/społecznymi, etc. Jego kodeksowa osobowosć przecież doprowadziła do skrajnie złych relacji z synem, a atmosfera rodzinna tam daleka była od pożądanego ciepła i bliskości. Zarówno LELAND jak i BRIGGS ponieśli porażki życiowe, i nie pomogą tutaj z jednej strony "żale za grzechy" Lelanda, jak i próby BRIGGSA dostarczenia nieco większej ilości ciepła w relacjach z synem. To były jedynie doraźne, celowo dodane epizody przez LYNCHA, by pokazać odbiorcy, na czym powinna polegać codzienna praca nad wewnętrzna harmonią. I żeby była sprawa jasna, to, co LELAND zrobił było moralnie złe. Nie kwestionuje tego. Moralnie złym było również wyprane z ludzkich uczuć postępowanie BRIGGSA. Jedno, i drugie postępowania prowadziło do cierpienia ludzi. Powtórze jednak poraz wtóry, nie było jednak celem LYNCHA zagłebianie się w oceny moralne swoich bohaterów. Ktoś może zapytać, a dlaczego nie? Ano dlatego nie, ponieważ LYNCH mimo wszystko ma antysystemowy stosunek do swiata. Wychodzi on bowiem z załozenia, że człowiek nie jest w stanie stłumić w sobie pierwiastka zwierzęcego, a wszelkie normy moralne czy kulturowe w efekcie uginają się pod tym cięzarem. Innymi słowy, kultura zawsze będzie przegrywac z naturą, nawet jesli będziemy większość zycia naszego poddawać ciągłej moralnej kontroli, to i tak w kluczowych momentach naszego zycia, do głosu dochodzą zupełnie inne "wartości". Skoro zatem fasada kultury nie jest stabilna, to i kodeks moralny jest niedoskonały. Moralność zatem nie może być tutaj istotnym punktem odniesienia do eksploracji podstawowych mechanizmów funkcjonowania człowieka.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez doggod dnia Wto 2:21, 14 Lut 2012, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kamil_tk




Dołączył: 27 Paź 2011
Posty: 24
Przeczytał: 0 tematów


PostWysłany: Czw 0:02, 16 Lut 2012    Temat postu:

[quote="doggod"]
kamil_tk napisał:

Ewidentnie LYNCH chciał odciągnąć widza od takiego prostego, by nie powiedzieć ze prostackiego sposobu myślenia, właśnie w scenie w celi aresztu, tuż przed śmiercią ojca Laury. To ta scena właśnie jest istotna, bo widzimy człowieka, który dał sie opetać swojemu instynktowi, swojemu atawizmowi. I tutaj LYNCH widzi tragizm losu człowieka, właśnie w tym, ze człowiek współczesny nie potrafi dokonać wewnętrznego zbilansowania tego, co jest najwartościowsze w atawizmie z tym, co jest najlepsze w racjonalnej sferze świadomości. Biegunowo różnym do LELANDA człowiekiem jest Major BRIGGS. BRIGGS z kolei jest ofiarą zbytniego zawierzenia rozumowi oraz kierowania się jakimiś zasadami moralnymi/społecznymi, etc. Jego kodeksowa osobowosć przecież doprowadziła do skrajnie złych relacji z synem, a atmosfera rodzinna tam daleka była od pożądanego ciepła i bliskości. Zarówno LELAND jak i BRIGGS ponieśli porażki życiowe, i nie pomogą tutaj z jednej strony "żale za grzechy" Lelanda, jak i próby BRIGGSA dostarczenia nieco większej ilości ciepła w relacjach z synem. To były jedynie doraźne, celowo dodane epizody przez LYNCHA, by pokazać odbiorcy, na czym powinna polegać codzienna praca nad wewnętrzna harmonią.


Czemu od razu tak nie napisałeśSmile. Dopiero zestawienie Leland (atawizm) z Briggsem (rozum) daje odpowiednią perspektywę. Ciekawe, bardzo ciekawe. Dwie skrajności, dwie przeciwstawne postawy, jeden wniosek - upadek człowieka. Wtedy za interpretacją Briggsa mógłby posłużyć chociażby fakt, że Boba (a więc zła czy tej części przeciwstawnej rozumowi – w różnych odcinakach major stosował różne określenia) szukał badając UFO i analizował sygnały z lasów wokół Twin Peaks.

Może tylko w przedstawionej przez Ciebie interpretacji trochę inaczej rozłożyłbym akcenty (to nie jest uwaga, tylko moja interpretacja): nie negując próby scharakteryzowania Lelanda i Briggsa, mimo wszystko łagodniej w ocenie potraktowałbym majora. Argumenty: mimo wszystko nikogo nie zabił. Metody wychowania może i nie były bezstresowe, ale jak dla mnie były do zaakceptowania (w przeciwieństwie do zachowania Lelanda – u niego w zasadzie w każdym jego zachowaniu wyczuwałem fałsz). Poza tym mam wrażenie, że metody ojca nie robiły zbyt dużego wrażenia na synu. Zgoda bliskości i ciepła tam za dużo nie było, choć znowuż złożyłbym to na karb jego nieumiejętnych prób dotarcia do syna ze swoimi zasadami moralnymi, które uważam, że były jak najbardziej dobre (tego samego raczej nie możemy powiedzieć o Lelandzie). Co więcej bodajże w scenie w kawiarni, kiedy major opowiadał synowi sen najprawdopodobniej o białej chatce, wyglądało to dla mnie jak rozmowa znamionująca naprawdę bliskość między ojcem i synem. Podobnie z żoną, może i jej nie okazywał ciepła, ale nie odniosłem wrażenia, że jest jakoś pokrzywdzona. Zbliżony wniosek wyciągam ze sceny, kiedy major „powrócił” po zniknięciu w lesie do domu po chyba trzech dniach. Scena bliskości jak najbardziej była. Jednym zdaniem: jak dla mnie, ot normalna rodzina. Oczywiście to nie neguje interpretacji Briggs (rozum), ale może po prostu postać majora mogła być lepiej dopracowana, żeby tą drugą skrajność przedstawić. Nie wiem. Może.

A teraz ogólniejsze przemyślenia, które w zasadzie wychodzą już poza serial i film.

Tak się zastanawiam nad tą równowagą między atawizmem i rozumem. Jak zbilansować obie strony, aby znaleźć równowagę. Oczywiście dla każdego linia podziału będzie trochę w innym miejscu. Wychodzi na to, że tylko sam atawizm jest zły. Podobnie z rozumem. Trzeba wypośrodkować. Ale czy ograniczenie atawizmu lub rozumu nie oznacza równocześnie, że poszerzamy sferę dla drugiej strony (odpowiednio rozumu lub atawizmu)? Wydaje mi się, że tak, tzn. niemożliwy jest stan, gdzie człowiek żyje, kieruje się tylko albo „okrojonym” atawizmem albo „okrojonym” rozumem. Innymi słowy jeśli ogranicza jedną sferę to siłą rzeczy „otwiera się” na drugą sferę.

Albo jeszcze inaczej: czy jest możliwe aby człowiek żył tylko tym co najwartościowsze w atawizmie lub tylko tym co najwartościowsze w rozumie? Czy do dobrego (zdrowego) życia lub „wewnętrznej harmonii” nie jest potrzebny mix obu wartościowych sfer naraz?

Ale jeśli tak, to czy możemy wtedy traktować sferę rozumu (kultury) jako (wyłącznie) opresywną? Wszak widzieliśmy, że skrajny atawizm prowadzi do tragedii. Może możemy, ale przy założeniu czysto opisowym (bez oceniania) tj. zakładając, że natura (atawizm) była chronologicznie pierwsza – bo była, a pojawienie się kultury (rozum) siłą rzeczy ogranicza pole działania atawizmu.

Zastanawiam się jeszcze nad jednym. Gdzie przy tym przeciwstawieniu Lelanda i Briggsa jest miejsce i co symbolizuje Bob i siłą rzeczy pozostałe postacie z chatki?
Tak sobie myślę: Leland dał się opętać swojemu instynktowi (atawizm), który symbolizował Bob, a także Karzeł (popęd seksualny). Miejscem Mike’a byłoby superego (wewnętrzne sumienie), ale to też należy do natury (albo ewentualnie można potraktować Mike’a już jako racjonalną sferę świadomości i wtedy byłby częścią kultury). Co w takim razie byłoby rozumem i kulturą? Olbrzym i staruszek. Wszak Briggs, skupiony na nakazach moralnych i tym co symbolizuje rozum, nie miał styczności z Bobem, choć prawdopodobnie był w białej chatce. Z Bobem nigdy się nie widział (scena w lesie, kiedy zniknął też tego nie sugeruje, choć słychać sowę). Co ciekawe to on przyprowadził staruszka do sali w pubie, w odcinku w którym Leland umiera. No i jak pisałem wcześniej tropi UFO i szuka sygnałów z lasu (atawizm).

I to byłoby optymistyczne, tzn. w połowie optymistyczne, ponieważ jest ktoś kto nie dał się opętać w 100% instynktowi, ale ceną było (tu się możemy różnić w ocenie – dla mnie niewielkie) pogorszenie relacji z rodziną.

Na marginesie: Windom Earle też badał UFO, potem myślał że nad instynktem (atawizm-Bob) potrafi zapanować, ale oczywiście przegrał.

I na koniec. Cały czas nie daje mi spokoju postać Coopera. Pisałem o tym już we wcześniejszych postach. Nie dostrzegam nic w jego postaci, nie widzę w jego zachowaniu, czynach niczego co w efekcie miałoby doprowadzić do tego, że w sumie przegrał, instynkt wziął górę. Z pewnością wspomnienia z Pittsburga jakoś tam cieniem się na nim kładą, ale dla mnie to za mało.

Może miłość do Annie (Caroline)? Za tym przemawiają niektóre sceny z tematem miłości w tle: kiedy Cooper będąc przesłuchiwanym, mówi, że tym co znajduje się poza ciemnością jest miłość, mówił o patrzeniu na świat z miłością; kiedy Cooper rozmawia przy kominku z Wheelerem (padają tam słowa, że kiedy się kocha wszystko odczuwa się silniej, zwłaszcza ból), wreszcie kiedy Briggs mówi Earlowi, że obawia się, że miłość nie wystarczy (w domyśle, aby przeciwstawić się złu na świecie. W sumie Briggs podobne zdanie wypowiedział w lesie i zarazem wątpił czy jest sens szukać przyczyny zła w odc., w którym umarł Leland, a Cooper odpowiedział, że tak, bo naszym zadaniem jest je powstrzymać).

Cooper chciał oddać Earle’owi za nią swą duszę. Ale kierował się szczerym (szlachetnym) uczuciem. Co prawda jak to się mówi „dobrymi chęciami piekło jest usłane”. Niemniej jednak czy to był wystarczający powód, aby przegrał?? Bo to jest utracenie wewnętrznej harmonii, którą miał i przejście na pozycje Lelanda, tj. sytuację, kiedy dał się opętać swojemu instynktowi.

A może strach (tutaj przed utratą ukochanej)?? Wszakże w lesie Briggs mówi Cooperowi, że każdy z nas dokonuje wyboru i jeśli wybierze strach to staje się bezsilny wobec ciemności. I wtedy nawet miłość nie pomoże. A tutaj przewrotnie jest strach przed utratą miłości, albo inaczej miłość zostaje pokonana przez uczucie strachu, aby tej miłości nie stracić (trochę przez analogię jak później Anakin Skywalker w "Gwiezdnych Wojnach", stając się przez to Darth Vederem). Dodatkowo, Cooper-doppelganger w łazience powtarza szyderczo "co z Annie"? Tak to bym widział. Z tym że czy taki strach, zrobienie wszystkiego w celu ratowania ukochanej osoby wystarcza, aby otworzyć drzwi Bobowi? Tym bardziej, że przecież Bob pozwolił odejść Cooperowi i miał zadowolić się duszą Earle’a.
No to by była pesymistyczna wizja.

Pozdrawiam


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.lynchland.eu Strona Główna -> Serial ogólnie i odcinki Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony 1, 2, 3, 4  Następny
Strona 1 z 4

 
Skocz do:  
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin